Ponieważ kolejny raz koniec warki przychodzi mi odcierpieć solidnym bólem kręgosłupa zmusza mnie to do rozmyślań i kombinacji nad reżimem sanitarnym. W kwestii mycia, czyszczenia oraz dezynfekcji butelek konkretnie.
Zacznijmy od tego: może ja po prostu przesadzam?
Wszystkie 50 butli trafiło wczoraj późnym wieczorem do wanny, zostały wymyte z pomocą środka "ludwikopodobnego", w ruch poszła szczota rotacyjna (w przypadku butelek, które pochodziły z innego źródła niż moja poprzednia warka: tam butelki były bardzo dokłądnie myte i płukane zaraz po wypiciu i lądowały na półce w szafie), wszystko 3-4x przepłukałem po czym odstawiłem do ocieknięcia i oschnięcia.
Dzisiaj w fermentorze wylądowała odpowiednia ilość wody i Iodophoru (przy okazji odkażanie zaliczył fermentor) a potem po kolei lądowały butelki. Płukanie roztworem Iodophoru oraz kolejne 3-4 bardzo dokładne płukania letnią wodą = kolejne 2 godziny z głowy oraz solidny ból pleców. Jeszcze z 10 warek i chyba mi kręgosłup pęknie...
Koncepcja: wiadomo, że "tabor" trzeba będzie uzupełniać ---> część butelek się po prostu rozda, część potłucze etc., ale powiedzmy opisywane wyżej męki są znośne w przypadku butelek pięciu a nie piećdziesięciu. A co gdyby tak moje butelki (po piwach domowych) solidnie wymyć i wypłukać natychmiast po spożyciu takiego piwa, następnie osuszyć i "zatkać" : z pomocą folii/woreczka oraz gumki recepturki. Przy okazji kolejnej warki możnaby je po prostu zdjąć z półki przepłukać Iodophorem dla odkażenia pro forma i po dokładnym wypłukaniu tegoż od razu wykorzystać do butelkowania piwa.
Da się tak? :)
45
Wyślij